Zamykam oczy by odetchnąć
od tego co niusł mi dzień się odciąć
podświadomość nie pozwala mi spocząć
koszmary na mnie napuszczając
małe i wielkie słabości wybierając
siłę moją osłabiając
Witalność ze mnie wysysając
tragizm mój niespojojem doładowójąc
w klatce szczęście zamykając
Siłe w migrenę zamieniając
i wypuścić mnie z sideł nie chcąc
czarne kraty mnie blokując
dosięgnąć światła mi nie dając
Jego blady blask nadziei widząc
za wewnętrzną charmonią tęsknąc
siedzę jak w końcie jak dziecko płacząc
z ostatnią kroplą blasku zostając
Jestem zmęczony
Wstaję na nogi przed siebie idąc
nową przyszłość zbudować próbójąc
o gałęzie na drodze się potykając
Zostały z drzewa życia się odrywając
a ja podnieść się próbując
Widzę drzewo co łamie się upadając
tak wyglądam na ziemii leżąc
sensu w istnieniu w ogóle nie widząc
ledwo na słabych nogach stojąc
po kolejnym ciosie na ziemie upadając
jak złamane drzewo na gruncie lecząc
po cichu do samego siebie łkając
depresja łzy moje łykając
w siłe ogromną swojąc rosnąc
językiem swoim się oblizując
Jak na pyszne danie na mnie się patrząc
resztę energii jak obiad z talerza zlizując
Jestem rozwalony
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz